Moja przygoda z promieniowaniem elektromagnetycznym

Nasz komentarz

Bartosza poznaliśmy kiedy skontaktował się z nami poprzez formularz kontaktowy na stronie http://emfbusters.pl. Zaciekawił nas swoimi doświadczeniami. W rozmowie wspólnie uznaliśmy, ze jego poparta faktami historia warta jest prezentacji na łamach naszego bloga. Nie tylko dlatego, że Bartosza cechuje niezwykle zrównoważone, wręcz naukowe podejście do zagadnienia. Przede wszystkim dlatego, że wiemy jak wiele osób cierpi w podobny sposób z tytułu wrażliwości na sztuczne pola elektromagnetyczne, często będąc nieświadomym przyczyny. Wierzymy, że artykuł Bartosza pomoże im znaleźć odpowiedzi i zrozumieć to co się z nimi dzieje, w konsekwecji zaś wpłynie na znaczne polepszenie ich zdrowia i jakości życia. Uzgodniliśmy z Bartoszem, że będzie śledził na blogu pytania jakie się pojawiąją i odpowiadał. Możecie więc liczyć na jego, poparte własnym długoletnim doświadczeniem, odpowiedzi.

.

Pierwszy telefon komórkowy miałem stosunkowo późno. Była to służbowa komórka, wtenczas wielkości małej cegiełki, którą otrzymałem pracując w Amsterdamie, dwa lata po zakończeniu uniwersytetu. Była dość duża nawet jak na tamten czas – na rynku były już dostępne mniejsze i zgrabniejsze modele. Wtedy już od dawna wszyscy moi znajomi mieli komórki. Ja miałem do nich dość długo jakiś opór, lecz bynajmniej niepodyktowany względami zdrowotnymi. Kiedy zaczęły wchodzić na rynek, rozpoczynałem studia, a ich posiadanie oprócz niewątpliwej wygody stanowiło o pewnym prestiżu, byciu na czasie, co mi nie do końca leżało. Poza tym nie zawsze chciałem być dla ludzi uchwytny. Ale teraz jesteśmy w diametralnie innej sytuacji – posiadanie telefonu komórkowego jest normą, powszechną wygodą, jeśli dla wielu nie koniecznością, mają go miliony Polaków i dwa miliardy ludzi na świecie, i nie jest to już żadna oznaka wyższego statusu materialnego, przynajmniej nie w Europie.

Nie pamiętam dokładnie momentu ani nawet roku, kiedy po raz pierwszy zacząłem odczuwać w swoim ciele nieprzyjemne dolegliwości. Myślę, że musiało się to pojawiać bardzo stopniowo, około 10 lat temu. Teraz z trudem mogę rozmawiać przed telefon komórkowy dłużej niż 3-4 minuty, trzymając słuchawkę przy jednym uchu, kolejne 2 minuty przy drugim, zmieniając przy tym także rękę. Potem mogę rozmawiać może jeszcze raz krótko przez ucho, którym rozpocząłem rozmowę, a wtedy muszę kończyć. Najlepiej jeśli uda mi się doprowadzić rozmowę do końca w minutę lub dwie. Bardzo szybko pojawia się nieprzyjemnie pieczenie ręki i tej części głowy przy uchu, gdzie mam przyłożony aparat. Na początku jest to w miarę subtelne odczucie, które jednak szybko przekształca się w ewidentny ból, rodzaj takiego paraliżu. Dlatego, jeśli już muszę rozmawiać przez telefon komórkowy, mówię szybko i do rzeczy, przekazując lub otrzymując niezbędne informacje. Staram się nie wciągać w dłuższe pogawędki. Na pewno do pewnego stopnia pomaga mi korzystanie ze słuchawek dołączonych do aparatu. Ale generalnie nie ma przecież przymusu posiadania i częstego korzystania z telefonu komórkowego (choć w praktyce w wielu wykonywanych zawodach jest to obecnie niemalże konieczność), stąd nie przejmowałem się zbytnio taką moją drobną dolegliwością. Natomiast żyjąc w mieście, wbrew swojej woli jest się bardzo często skazanym na ciągłe przebywanie w zasięgu pól elektromagnetycznych, szczególnie anten telefonii komórkowej, Internetu bezprzewodowego oraz telefonów bezprzewodowych, jeśli już rozmawiamy o promieniowaniu wysokiej częstotliwości.

Zaczęło się to około 2,5 roku temu w czasie kolejnego, tym razem krótkiego pobytu w Holandii, gdzie pojechałem z żoną. Bezpośrednio wcześniej – a piszę o tym, gdyż to mogło mieć bardzo duże znaczenie – podróżowaliśmy przez pół roku, zdecydowaną większość z tego czasu spędzając na łonie natury w Himalajach oraz na tropikalnych wyspach daleko od cywilizacji i od wszelkiego promieniowania elektromagnetycznego. W Holandii zatrzymaliśmy się w dużym 3-piętrowym domu, gdzie oprócz właściciela mieszkało dwóch studentów. Wiedzieliśmy, że będzie tam Internet bezprzewodowy, co bardzo nas ucieszyło, bo mogliśmy swobodnie z niego korzystać na naszym laptopie. Dom był bardzo ładny, położony w zacisznej dzielnicy, a właściciel – Holender po 50-tce, fizyk z wykształcenia, był bardzo otwartym, życzliwym człowiekiem.

Zaczęło się już pierwszego dnia. Dziwne uczucie „elektryczności w powietrzu”, ucisku w głowie i w klatce piersiowej, brak swobodnego oddechu, fatalna koncentracja i olbrzymia, naprawdę nienaturalnie wielka nerwowość. Z byle powodów dochodziło u nas do wybuchów agresji i złości. Całe nasze ciała dosłownie pulsowały, jakby oplecione niewidzialnym pastuchem elektrycznym. W tym mieście żyła także trójka innych naszych przyjaciół i tak się zdarzyło, że od razu mieliśmy sposobność podzielić się z nimi naszym problemem i obserwacjami. Bardzo szybko padło z ich strony pytanie o promieniowanie, a potem Internet bezprzewodowy. Okazało się, że temat nie jest im obcy, gdyż – jak powiedzieli – oni także są wrażliwi na ten rodzaj promieniowania. A więc mieliśmy pierwszego podejrzanego. Podzieliłem się tym z właścicielem. Powiedział, że oprócz drętwienia ręki, która, gdy pracuje na komputerze, spoczywa tuż przy routerze, on nic niepokojącego nie zauważył. Tamci studenci zresztą też nie. Powiedział też, że niedawno mieszkały u niego dwie Polki, które skarżyły się na zły sen i notoryczne bóle głowy, ale po miesiącu jakoś im przeszło. „Polaków chyba zawsze boli tu głowa” – śmiał się. W każdym razie nikt nie wiązał tego z routerem. Kiedy wychodziliśmy z domu dolegliwości praktycznie natychmiast ustępowały, kiedy przychodziliśmy pojawiały się od razu albo po kilku minutach. Sytuacja stała się dość dramatyczna, gdyż właściwie ciężko było przebywać w tym domu, nie mówiąc w ogóle o jakimkolwiek skupieniu się, pracy na komputerze czy spaniu (nasz pokój znajdował się na pierwszym piętrze, a pod nim, trochę na skos, znajdował się duży pokój, gdzie stał pokaźny router z dwoma antenkami, aby w całym domu był dobry zasięg).

Z usposobienia jestem raczej typem naukowca o umyśle ścisłym (zapewne po ojcu: inżynierze elektroniku), który niczego nie przyjmuję na wiarę, a opiera się na solidnych dowodach, eksperymentach i przede wszystkim na własnym doświadczeniu. Dlatego podszedłem do problemu jak naukowiec, a największym „wrogiem”, którego chciałem wyeliminować, była autosugestia. Stąd przez pierwsze dni pobytu przeprowadziłem wiele eksperymentów z włączaniem i wyłączaniem routera, podczas gdy na zmianę druga osoba przebywała w pokoju na górze nic o tym nie wiedząc, nie znając momentu, gdy urządzenie było włączanie lub wyłączane – a wszystko, aby wykluczyć ewentualny czynnik autosugestii. Tylko informowaliśmy się, jeśli w jakimś momencie czuliśmy dużą zmianę (na gorsze lub lepsze). Rezultat był zawsze ten sam u obydwojga z nas. Gdy urządzenie było wyłączane u mnie i u żony oddech stawał się od razu głębszy, ścisk głowy i klatki piersiowej natychmiast ustępował, mijało odczucie zdenerwowania i w jakiś trudny do opisania sposób cała przestrzeń wokół robiła się jakby „mniej elektryczna”, „czystsza”. I odwrotnie – gdy urządzenie było włączane. Rezultaty nie dawały żadnych wątpliwości. Router w fatalny sposób wpływał na nasze samopoczucie.

Pierwsze cztery dni pobytu poświęciliśmy właściwie tylko temu tematowi, bo naprawdę nie dało się myśleć o niczym innym. Jedno było pewne: nie mogliśmy mieszkać w takich warunkach, doświadczając non stop obecność tego cichego, niewidocznego, ale jakże wyczuwalnego monstrum. Nasza znajoma dała nam rolkę folii izolacyjnej obłożonej aluminium, którą kładzie się na podłogę. Stosuje się ją do izolacji termicznej, ale jak nam powiedziała, również dobrze izoluje promieniowanie, właśnie dzięki tej aluminiowej warstwie. Sama jej użyła w tym celu u siebie w mieszkaniu. Za jej poradą położyliśmy dwie warstwy pod wykładzinę w całym naszym pokoju, ale z jakiejś przyczyny niestety okazała się mało skuteczna (prawdopodobnie dlatego, iż router znajdował się w pomieszczeniu na dole, ale po skosie w stosunku do naszego pokoju, więc taki ekran nie mógł w pełni zdać egzaminu). Mogliśmy to wtedy mierzyć tylko na dwa sposoby: „naszymi ciałami” i laptopem, wyszukując sieci bezprzewodowe, gdzie widać słupki siły sygnału (od znakomitej do bardzo niskiej). Siła sygnału spadła ze „znakomitej” na „bardzo dobrą”. Ale ostatecznie właściciel okazał się nadzwyczaj wyrozumiały, bo choć sam niewiele czuł (oprócz drętwienia ręki), nie potraktował nas jak pary idiotów. Zgodził się na poprowadzenie w całym trzypiętrowym domu kabli do wszystkich pokojów, dzieląc z nami po połowie koszty tej inwestycji. Żartował, że odtąd będzie reklamował swój dom jako „wireless free zone”. Zaczynając z salonu, poprowadziliśmy do wszystkich pokojów w sumie około 120 metrów kabla, przewiercając się niekiedy przez stropy grubym wiertłem. Po dwóch kolejnych dniach wszystko było gotowe i byliśmy bardzo zadowoleni. W końcu dobrze się czuliśmy i mogliśmy tam normalnie funkcjonować. Byliśmy także wdzięczni, gdyż ten człowiek, fizyk zresztą, nie potraktował nas na zasadzie: „ja niczego nie czuję, a ponadto oficjalnie nie stwierdzono szkodliwości tych urządzeń, więc się bujajcie”.

Holenderski epizod nie potrwał jednak długo i po pewnym czasie zdecydowaliśmy się wrócić do Gdańska, do naszego mieszkania na ostatnim piętrze w bloku. Minęły trzy lata odkąd ostatni raz tutaj zamieszkiwaliśmy, więc pierwsze dni poświęciliśmy na gruntowne odświeżenie. Podłączyliśmy się od razu do Internetu na każdy z dwóch laptopów, oczywiście po kablu. Dostarczyciel usługi bardzo się dziwił: „Dlaczego nie weźmiecie routera, skoro macie dwa komputery?! Wszyscy biorą. To najłatwiejsze i najwygodniejsze rozwiązanie”. „Nie, dziękujemy. Wolimy po kablu”. Był to okres świąt Bożego Narodzenia, zbliżał się Nowy Rok 2009. Oprócz pracy w domu, mieliśmy naturalnie trochę spotkań rodzinnych, odwiedzali nas znajomi albo my ich. W mieszkaniu „coś wisiało w powietrzu”, ale byliśmy bardzo aktywni, pracowaliśmy bez wytchnienia, wieczorami racząc się piwem lub winem i tak celebrując nasz powrót. Coś ewidentnie wisiało w powietrzu, ale specjalnie przez ponad tydzień odmawiałem sprawdzenia na laptopie dostępności sieci bezprzewodowych od sąsiadów. Nie chciałem popadać w paranoję, nie chciałem się poddać autosugestii, że coś jest nie tak, gdy już sprawdzę sieci. Nie chciałem też w duchu, aby sprawdził się najgorszy scenariusz. Ale minął sylwester i stało się ewidentne, że coś nie gra, a symptomy jakby takie same, choć trochę łagodniejsze niż te w Holandii. No i w końcu sprawdziłem sieci bezprzewodowe: było ich w bród. Nasze mieszkanie było nimi dosłownie przeorane. Lecz tylko dwie były bardzo mocne, kilka innych o dużo mniejszej sile – w sumie z dziesięć. Nie mówiąc oczywiście o pełnym zasięgu telefonii komórkowej. Byliśmy trochę załamani.

Zacząłem robić szczegółowe pomiary laptopem, włączając funkcję bezprzewodową, najpierw chodząc po całym mieszkaniu i zapisując odczyty na kartce papieru z naszkicowanym planem mieszkania. Potem przeniosłem się na klatkę schodową, mierząc pod drzwiami wszystkich pięter. Jak wyczytałem zasięg routerów jest różny w zależności od modelu, słabnąc w miarę odległości, w wolnej przestrzenie do około 100-150 metrów, w blokach słabnie dużo szybciej, przechodząc przez stropy i ściany. Najbardziej zależało mi na znalezieniu źródeł dwóch najsilniejszych sieci. Miałem nadzieję, że jeżeli w jakiś sposób uda mi się z nimi uporać, życie w mieszkaniu stanie się przynajmniej znośne. Sprawdził się niestety najczarniejszy scenariusz. Po ostrożnej rozmowie z sąsiadami, gdyż wiedziałem, że moje pytania mogą wywołać zdziwienie, wyszło na jaw, że sąsiad pod nami i drugi obok na piętrze mieli routery. Sąsiad obok miał również telefon bezprzewodowy, który jak się przy okazji dowiedziałem z kilku źródeł również oddziałuje fatalnie na zdrowie, wysyłając cały czas fale, nawet gdy słuchawka jest odłożona na aparat. Sam jeszcze wtedy nie miałem namacalnych dowodów na wpływ tego typu telefonów na moje samopoczucie, gdyż nie eksperymentowałem z nimi w odizolowaniu od innych źródeł promieniowania, więc nie mogłem na tamten moment ustalić, w jakim stopniu to on na nas oddziaływał, a nie co innego. Sąsiadka z tego mieszkania mówiła, że od lat sypia fatalnie, ale raczej nie była skłonna rozstać się ze swoimi wygodami i nie wiązała swoich problemów z promieniowaniem. Sytuacja była trudna, bo jak rozmawiać z sąsiadami? Czy mamy prawo ich prosić o przejście na Internet po kablu i zamianę telefonu bezprzewodowego na zwykły, mniej wygodny, ponieważ czujemy się fatalnie w naszym mieszkaniu? Na pewno nie zgodnie z prawem, gdyż te urządzenia są legalne, a siła wysyłanych przez nie sygnałów jest dużo niższa niż oficjalne normy, które, o ironio, są w Polsce surowsze niż w wielu innych krajach. Oficjalnie nie ma więc żadnego problemu. Na dodatek stwierdziłem także, iż w odległości kilkuset metrów od naszego bloku jest zainstalowana na innym budynku antena telefonii komórkowej.

Rozpoczęliśmy poszukiwanie rozwiązań we wszystkich możliwych kierunkach. Zająłem się tym głównie ja, dużo szukając i czytając na ten temat w Internecie. W czasie upływającego czasu okazało się także, że cechuję się jeszcze większą od żony wrażliwością elektromagnetyczną albo przynajmniej ona szybciej niż ja adaptowała się do życia w skażonym promieniowaniem otoczeniu. Napisałem oficjalne pismo i pojawił się u nas Sanepid. Uprzejmi i kompetentni panowie, którzy złożyli nam wizytę, zgodnie zresztą z moimi przewidywaniami nie wykryli swoimi miernikami żadnych przekroczeń norm, czyli zgodnie z polskimi przepisami wszystko było w porządku – wszystko oprócz naszego samopoczucia. Choć ich oficjalny raport z wizyty niczego niepokojącego nie odnotowywał, to muszę powiedzieć, że okazali nam dużo sympatii i zrozumienia – zrozumienia, gdyż już spotykali się z podobnymi przypadkami, które ciężko było inaczej wytłumaczyć niż wrażliwością elektromagnetyczną.

Postanowiłem, że będę próbował wszystkich metod, które w jakiś sposób chronią przed wpływem PEM (skrót od promieniowania elektromagnetycznego): naukowych, pseudo-naukowych, a nawet w ogóle nie naukowych, aby mieć przynajmniej poczucie, że niczego nie zlekceważyłem, choć z drugiej strony liczyłem się oczywiście z kosztami. Bez wdawania się tutaj w szczegóły dotyczące metod nienaukowych oraz pseudo-naukowych, powiem jedynie tyle, że szukając w Internecie można sporo ich znaleźć, co pomijając samą kwestię ich skuteczności lub nieskuteczności świadczy o tym, że problem jest coraz bardziej znany i rozpoznawany. Generalnie są to różnego rodzaju przedmioty lub urządzenia, które w jakiś sposób mają niwelować wpływ PEM na nasze organizmy, nawet jeśli samo promieniowanie nadal będzie w mieszkaniu występować, to zmieni się na „dobre” albo dla nas neutralne. Niektóre z takich urządzeń ponoć opierają się nawet na eksperymentalnej fizyce kwantowej. Nie twierdzę bynajmniej, że one wszystkie są nic nie warte, bo ani wszystkich nie znam, ani nie jestem żadnym autorytetem w tej dziedzinie, ale w każdym razie te, które ja u siebie wypróbowałem, nie przyniosły pożądanych rezultatów.

Sytuacja w naszym mieszkaniu była o tyle trudna, gdyż silne źródła promieniowania, które mogły mieć wpływ na nasze samopoczucie, były rozmieszczone w różnych miejscach – od dołu i z boków: z dwóch różnych stron. Efektywne ekranowanie takiego mieszkania może być bardzo kosztowne a finalny rezultat niepewny, gdyż trzeba bardzo uważać, aby ekranując z jednej strony mieszkanie nie wzmocnić pola PEM z innej, które wtedy będzie odbijać się od wewnątrz ekranu. Generalnie ekranowanie mieszkania jest dużą sztuką i jest najłatwiejsze, jeśli jest jeden oczywisty i najsilniejszy kierunek PEM. Dlatego postanowiłem przeprowadzić bardzo ostrożne rozmowy z sąsiadami, licząc się z niezrozumieniem i sondując, czy będą skłonni w jakikolwiek sposób ze mną współpracować, bądź to rezygnując z urządzeń bezprzewodowych, bądź zezwalając na założenie małych kierunkowych ekranów u siebie w pobliżu tych urządzeń, co by bardzo zmniejszyło koszty ekranowania u mnie (rozmowy te odnosiły różny skutek). Stąd nawiasem mówiąc także duża pokusa wypróbowywania łatwych, pseudo-naukowych metod, które miały załatwić problem w prosty sposób, poprzez samo umieszczenie w mieszkaniu jakiegoś przedmiotu.

Aby nie ciągnąć historii w nieskończoność powiem tylko, że ów rok był ciężki. Skończyło się na tym, że w końcu zakupiłem dobry sprzęt pomiarowy, aby ustalić dokładne wartości poziomu promieniowania w mieszkaniu i jego kierunki. Z takich czy innych przyczyn sąsiedzi pozbyli się w końcu Internetu bezprzewodowego (choć raczej nie ze względu na nas). Stosując specjalną farbę udało mi się w sposób radykalny obniżyć poziom PEM w naszej sypialni, a także w miarę dobrze ekranować duży pokój od wpływu anteny GSM i musze powiedzieć, że wpływ na poprawę samopoczucia był naprawdę wielki. Najgorsza sytuacja ma miejsce w korytarzu, gdzie jest fatalnie wysoki poziom PEM od telefonu bezprzewodowego sąsiadów tuż za ścianą, ale tam rzecz jasna spędza się minimalną ilość czasu, także w sumie w mieszkaniu daje się teraz żyć.

W trakcie tego czasu przeprowadziłem, celowo bądź mimo woli, wiele eksperymentów. W tym drugim przypadku na podstawie pojawiania się opisanych już symptomów wykrywałem z niemal 100% trafnością obecność routerów i telefonów bezprzewodowych w mieszkaniach u znajomych (nie wiedząc wcześniej, że je posiadają) albo w miejscach publicznych (np. w urzędach, kawiarniach). W tym ostatnim przypadku dochodziło często do tragikomicznych sytuacji, gdzie po zamówieniu czegoś do picia po paru minutach zaczynałem czuć się fatalnie (dobrze już mi znane symptomy), po czym pytałem obsługę, czy przypadkiem udostępniają klientom Internet bezprzewodowy i zawsze miałem rację, a gdy odpowiedzi były twierdzące, zmagałem się jeszcze przez chwilę, aby szybko dopić kawę lub herbatę i musiałem się z tych miejsc ewakuować (aby siebie testować, pytałem się o to także, gdy dobrze się czułem i wtenczas rzeczywiście nie było dostępnego Internetu bezprzewodowego). Podobne obserwacje czyniłem przebywając w pomieszczeniach (lub na zewnątrz) w pobliżu anten GSM. Ze smutkiem stwierdzałem, że liczba miejsc, w których mogę przebywać w mieście, coraz bardziej się kurczy (na przykład odpada bardzo wiele miejsc w centrum uzdrowiska Sopot, włącznie z molem, gdzie prawie zawsze fatalnie się czuję), a perspektywy na przyszłość są jeszcze gorsze. Plusem tych wszystkich „eksperymentów kawiarnianych” było to, że stanowiły one dla mnie dalsze potwierdzenie, iż promieniowanie elektromagnetyczne routerów i anten telefonii komórkowej rzeczywiście na mnie źle oddziałują i że nie jest to autosugestia.

Także zdałem sobie sprawę z tego, iż ludzie, którzy namacalnie, w danym momencie nie czują wpływu PEM na swoje organizmy, mogą mieć dużą trudność, aby choć przyjąć możliwość tego, iż inni mogą negatywnie odczuwać pola EM o natężeniach dużo niższych od przyjętych norm (a długofalowe oddziaływanie jest przecież niełatwe do zdiagnozowania, gdyż chociażby uporczywe bóle głowy, częste zmęczenie lub nerwowość mogą mieć w naszym obecnym społeczeństwie bardzo wiele różnych przyczyn). I wówczas doniesienia niektórych ludzi na przykład mieszkających blisko masztów GSM o fatalnym samopoczuciu rzeczywiście można łatwo przypisać ciemnocie masy ludzkiej, zabobonom i poglądom rodem z średniowiecza. Choć niełatwe, jest to dla mnie zupełnie zrozumiałe i naturalne. Dobrym przykładem jest być może sytuacja w moim domu rodzinnym, w którym już w czasie mojej „choroby”, wiedząc o wszystkim, rodzice zafundowali sobie telefon bezprzewodowy, a w zasadzie dostali go w promocji. W czasie jednego ze spotkań przeprowadziłem z bratem eksperyment na wielokrotne losowe włączanie i wyłączanie telefonu bezprzewodowego, gdzie nie patrząc co on robi, miałem określić, czy urządzenie jest w danej chwili włączone, czy wyłączone. Także dla mnie samego jest to zawsze interesujące, gdyż często testowałem siebie, czy przypadkiem nie padam ofiarą autosugestii. Trafiłem wszystkie zmiany, czego prawdopodobieństwo było jak jeden do kilkuset, więc było ewidentne dla wszystkich obecnych, że coś tam wyczuwam, ale aparat jak stał tak i stoi, i teraz przy wizytach każdorazowo podmieniam go na przewodowy, który na moje szczęście rodzice nadal trzymają w szufladzie.

Teraz, już po dwóch latach, które spędziłem głównie w mieście, zauważyłem kolejną rzecz. Otóż widzę, że stopień mojej wrażliwości na PEM znacząco się obniżył. Wcześniej ta sama rzecz nastąpiła u żony. Przyjąłem to z jednej strony z wielką ulgą, bo będąc tak wrażliwym, życie w naszej cywilizacji było niemalże nie do zniesienia. Teraz już często nie wyczuwam w ciągu sekund a nawet minut tego typu urządzeń. Prawdopodobnie także z tego względu mogę normalniej czuć się w mieszkaniu. No właśnie – normalniej… bo zdaję sobie sprawę, że promieniowanie nadal na mnie oddziałuje, tyle że nie czuję tego już tak mocno jako natychmiastowej choroby. Jak palacz, który bez wymiotowania potrafi wypalić paczkę a nawet dwie paczki papierosów dziennie, co u niepalącego niewątpliwie skończyłoby się wezwaniem karetki. Także na dłuższą metę jest to w sumie średnie pocieszenie. Nawiasem mówiąc słyszałem o eksperymencie, iż ponoć można włożyć do naczynia z wodą żabę i bardzo powolutku tę wodę podgrzewać, a żaba tego nie zauważy aż do ugotowania. Nigdy sam go nie przeprowadziłem, więc nie mam pewności, czy jest prawdziwy, lecz czasami zastanawiam się, czy jako ludzkość czegoś odrobinę podobnego sobie nie fundujemy. Z roku na rok przybywa bowiem urządzeń emitujących promieniowanie elektromagnetyczne, montuje się coraz więcej anten GSM, a jestem bardzo mocno przekonany, że gdyby nie nasz długi pobyt w dziewiczych miejscach, nie doświadczyłbym tego wszystkiego, o czym tu piszę. A na pewno nie w tak ostrej formie.

Podsumowując, generalnie poczyniłem następujące obserwacje:
• najbardziej odczuwam negatywne wpływy PEM po powrocie do miasta po dłuższym pobycie na wsi (albo precyzyjniej: w strefie o bardzo niskim PEM); wtedy zawsze czuję się w mieście najgorzej – to z pewnością nie dotyczy każdego mieszkańca wsi, który przyjeżdża na dzień do miasta, ale z drugiej strony jest dla mnie wysoce prawdopodobne, że bardzo wielu ludzi, którzy normalnie nie odczuwają niedogodności związanych z PEM, po dłuższym pobycie w strefie nieskażonej i po powrocie do cywilizacji, mogłoby mieć podobnie do moich symptomy;
• zauważyłem, że spożycie alkoholu lub środków przeciwbólowych znacząco przytępia tę wrażliwość;
• najmniej odczuwam PEM, gdy jestem mocno czymś zajęty, zaabsorbowany, skoncentrowany na rozmowie, gdy jestem w pędzie;
• najbardziej odczuwam PEM, gdy się relaksuję, wyciszam albo kładę spać, czyli gdy mój organizm chce się zregenerować;
• dłuższe przebywanie w polach PEM, czyli generalnie życie w mieście, powoduje zmniejszenie tej wrażliwości i „choroba” schodzi do podziemia, nie jest w sposób oczywisty wyczuwalna, choć śmiem bardzo mocno powątpiewać, jakoby wtedy te pola nie oddziaływały na nas (znowu: analogia do palenia);
• również zauważam u siebie wpływ promieniowania niskiej częstotliwości – na przykład długie pisanie na klawiaturze laptopa powoduje specyficzny paraliżujący ból dłoni, szczególnie lewej (potem miernikiem odkryłem, że napęd w moim laptopie jest umieszczony z lewej strony).

Jak już wspomniałem znam osobiście kilka osób, które także mają dużą wrażliwość elektromagnetyczną, a przecież nie znam milionów ludzi, a tylko dziesiątki, stąd statystycznie rzecz biorąc wnioskuję, że takich osób musi być dużo, dużo więcej. W kilku źródłach czytałem o 2% ludzi z (nad)wrażliwością elektromagnetyczną, choć oczywiście nie mam szans, aby to w żaden sposób zweryfikować. W zapisków pewnej oficjalnej konferencji w Polsce poświęconej tematowi przeczytałem jak kilku naukowców snuło przypuszczenia, iż duży odsetek ludzi, określających siebie jako nadwrażliwe na PEM, cechowało się „uczuleniem” na inne niż PEM czynniki środowiskowe, np.: chemiczne lub na hałas i że taka nadwrażliwość w ich opinii może być po prostu czynnikiem psychosomatycznym lub rodzajem nerwicy. A piszę o tym, gdyż rzeczywiście prawdą jest, iż jestem osobą o generalnie dużej wrażliwości (również na hałasy cywilizacyjne, muzykę „łubudubu”, zanieczyszczenie powietrza, los zwierząt, reklamy, jedzenie w McDonaldzie, które musiałem odstawić już lata temu, gdyż notorycznie powodowało bóle brzucha) i rzeczywiście siłą rzeczy wiele osób, z którymi mam bliższy kontakt także charakteryzuje się sporą wrażliwością, co może mieć jakiś wpływ na próbę statystyczną. Taka wrażliwość może wydawać się nadwrażliwością, przewrażliwieniem, czymś nie do końca normalnym. Z drugiej strony mam skrytą nadzieję, że jako świat nie idziemy wyłącznie w kierunku „przetrwania dla najlepiej dostosowanych – najbardziej niewrażliwych, najmniej czujących, najbardziej zabieganych”.

* W tym miejscu chcę mocno podkreślić, że absolutnie nie sugeruję, iż brak wrażliwości elektromagnetycznej równa się brakowi w ogóle wrażliwości. Tak po prostu nie jest, o czym sam dobrze wiem, znając wielu wrażliwych ludzi, którzy nie donosili mi o odczuwaniu symptomów ściśle identyfikowanych z PEM. Jeśli w ogóle można łączyć te dwie rzeczy, to może działać to tylko w odwrotną stronę: iż wśród ludzi cechujących się ogólną dużą wrażliwością będzie statystycznie większy odsetek ludzi wrażliwych na PEM.

Choć nie mam niezbitych dowodów, to mam jednak solidne podstawy do tego, by przypuszczać, iż PEM (o natężeniu dużo niższym od norm prawnych) wpływa negatywnie na wszystkich ludzi, nie tylko na tych z tzw. nadwrażliwością – z tą różnicą, że na większość z nas w sposób powolny, nie dający się w sposób jednoznaczny i natychmiastowy zidentyfikować, czy też wyodrębnić spośród innych czynników cywilizacyjnych: spożywania skażonego chemią jedzenia, wdychania zanieczyszczonego powietrza, stresu w pracy, mieszkania pod azbestowym dachem, i tak dalej. Podobnie jak w przypadku hałasu: są ludzie, którzy są szczególnie wyczuleni na hałasy, które inni są jakoś w stanie przez pewien czas tolerować, podczas gdy wiele badań udowodniło, że długotrwały hałas, nawet jeśli nie będzie bardzo głośny, źle wpływa na ludzkie zdrowie, i to nawet tych osób, które w danym momencie nie czują świadomie jego uciążliwości.

Bartosz Musiał