Legenda Elektromagnetyzmu w Rzeczpospolitej – jak prof. Andrzej Krawczyk ucisza (elektro) wrażliwą część społeczeństwa cz.1

5 marca br. ukazał się w Rzeczpospolitej artykuł prof. Andrzeja Krawczyka pt. Legenda miejska elektromagnetyzmu. Autor usiłuje tym artykułem uciszyć obawy rosnącej części społeczeństwa. Jawnie dyskredytuje nadwrażliwość elektromagnetyczną, porównując ją do miejskiej legendy czarnej wołgi. Z jednym wnioskiem autora trzeba się zgodzić – inicjatywy edukacyjne, mające na celu przedstawianie rzetelnej wiedzy na temat pola elektromagnetycznego są konieczne. Tyle, że to co Pan Profesor wypisuje w tym kontekście jest niczym innym jak niewiarygodną bujdą na resorach rzeczonej czarnej wołgi.

Zdaję sobie sprawę, że dla wielu typowych „konsumentów” tego rodzaju „naukowej” wiedzy, artykuł Pana Profesora może wydawać się przekonywujący. Taki jest jego zamiar i grupa docelowa. W tym samym wydaniu Rzeczpospolitej znajdujemy z resztą (zapewne przypadkowo) artykuł pt. Przyspieszają prace nad sieciami mobilnymi 5G.

Jeśli więc Drogi Czytelniku jesteś wśród tych, którzy uczestnictwo i zaangażowanie zamienili na oglądactwo, a niezależne myślenie przehandlowali za wiarę we wszystko co opatrzone jest naukowym tytułem i gazetowym przedrostkiem „badania naukowe dowodzą, że…”, to ani ten blog, ani ten wpis nie są dla Ciebie. Śpij smacznie!

Tych którzy pozostali i czytają dalej muszę od razu lojalnie uprzedzić, że ilość pominięć, przekłamań,  nieuprawnionych i tendencyjnych opinii w artykule Pana Profesora jest tak porażająca, że aby się do nich rzeczowo i odpowiedzialnie odnieść potrzebował będę co najmniej dwóch, być może trzech części. W niniejszym wpisie odniosę się do głównych tez artykułu. Bardziej szczegółową analizę, komentarze i przypisy przedstawię w kolejnych częściach.

Pole jest wszędzie, zawsze było, zawsze będzie, a więc nie ma się czego obawiać (?)

Pan Profesor, podobnie jak wcześniej Rzecznik Ministerstwa Cyfryzacji, przyrównuje sztuczne, wytwarzane przez człowieka pola elektromagnetyczne, do tego naturalnego. Z tego, że i jedno i drugie to pola elektromagnetyczne wyprowadza „naukowy” wniosek, że są bezpieczne. Na tym poziomie precyzji można wyciągnąć wiele kolejnych, tak samo „uzasadnionych” wniosków i przedstawić je społeczeństwu jako „naukowe dowody”. Przecież czysta woda to bez wątpienia ciecz, do tego w naturze jest jej mnóstwo. Nikt też nie zaprzeczy, że jest dla zdrowia niezbędna. Podobnie czysta woda królewska to ciecz (no przecież też woda), składa się z samych naturalnych na Ziemi pierwiastków, czyż nie? Podążając dalej za tą „naukową” logiką i kierując się najlepszymi intencjami pozostaje wznieść toast – na zdrowie!

Naturalne pola elektromagnetyczne towarzyszą człowiekowi od zawsze. Oddziałują na nas m.in. pole magnetyczne Ziemi, widzialne i niewidzialne promieniowanie słoneczne, pobudzane wyładowaniami atmosferycznymi pole Schumanna. Pola te, jako środowisko naturalne, w którym wyewoluowało życie na Ziemi są wręcz dla życia i zdrowia niezbędne. Doświadczyła tego m.in. NASA. Wysyłano w przestrzeń kosmiczną astronautów o doskonałym zdrowiu, wracały wraki, wymagające długotrwałej rekonwalescencji. Przyczyną nie był, jak powszechnie sądzono, brak grawitacji, ale brak naturalnych pól elektromagnetycznych Ziemi. Dzisiaj załogowe misje kosmiczne mają na wyposażeniu specjalne generatory. Na marginesie, NASA się tym specjalnie nie chwali, bo stawia to pod wielkim znakiem zapytania powodzenie programów kolonizacji innych planet, w konsekwencji budżety agencji kosmicznych mogą zostać obcięte.

Wracając jednak do elektromagnetyzmu tu, na Ziemi. Zaledwie 150 lat temu, człowiek zaczął w dramatyczny sposób zmieniać swoje środowisko elektromagnetyczne. Najpierw pojawiła się elektryczność, za nią linie przesyłowe i towarzyszące temu pola. Boom telekomunikacji bezprzewodowej nastąpił 30 lat temu. Pojawiły się maszty telefonii komórkowej, bezprzewodowy Internet i wiele innych źródeł promieniowania. W efekcie 24 godziny na dobę 365 dni w roku toniemy w oceanie sztucznych fal, których poziom przekracza w tym zakresie naturalne tło 10.000 miliardów razy!

Jak w tak zanieczyszczonym środowisku ludzki organizm ma nasłuchiwać i dostrajać się do naturalnych pól elektromagnetycznych niezbędnych dla zdrowia i życia? To jakby chcieć słyszeć szelest spadającego liścia w towarzystwie pracującego młota pneumatycznego.

Jeśli ktoś twierdzi, że można którąkolwiek część ekosystemu człowieka zanieczyścić w takim stopniu (10 bilionów razy) bez jakichkolwiek negatywnych efektów biologicznych, to albo jest niespełna rozumu, albo ma interes w tym, żeby zamiatać sprawę pod przysłowiowy dywan, tak by opinia publiczna się jak najdłużej niczego nie dowiedziała.

Nie można sobie przecież wyobrazić świata wyłączonego z bezprzewodowych „możliwości” (?)

Rozumiem Panie Profesorze, że analogicznie należy argumentować, iż niewyobrażalnym jest współczesny świat bez ogrzewania i wyprowadzić z tego „naukowy” wniosek, że do smogu trzeba – proszę wziąć głęboki oddech – się przyzwyczaić. Zaakceptować jego smrodliwe konsekwencje jako nieuchronne „dobro” rozwoju.

Osobom (elektro) wrażliwym, walczącym o prawo do życia w zdrowym środowisku zarzuca Pan ignorancję, próbę cofnięcia cywilizacji do średniowiecza. Czy tych, którzy walczą o to, by uczynić energetykę jądrową bezpieczniejszą też Pan oskarża, że chcą powrotu ognisk i pochodni? Nie wydaje mi się by Pan kiedykolwiek z tymi osobami spotykał się i rozmawiał, bo z pewnością nie rozumie Pan ich przekazu. Nie takie są ich intencje. Chodzi o to, by telekomunikację bezprzewodową cywilizować, humanizować. By tak zwany rozwój nie był jedynie gonitwą za wygodnictwem i finansowym zyskiem branży telekomunikacyjnej. By był rozwojem zrównoważonym, respektującym środowisko oraz prawo do życia i zdrowia wszystkich obywateli (patrz Konstytucja Rzeczpospolitej).

Technologia i biznes nadążą, ale tylko jeśli postawi się im właściwe wymagania. Urządzenia, które są w stanie zapewnić transmisję bezprzewodową na poziomach tysiące razy niższych od dzisiejszych już istnieją. Łączność bezprzewodowa nie tylko nie musi, ale nie powinna być napastliwa i wszechobecna. Nie łudźmy się jednak, że biznes telekomunikacyjny sam z siebie będzie zainteresowany taką zmianą. To zbyt wiele utraconych zysków. Nie za takie działania inwestorzy i rynki premiują zarządy tych firm.

Dzisiaj praktycznie żaden uczestniczący w życiu społecznym obywatel nie jest w stanie wyłączyć się z wszechobecnych sztucznych pól elektromagnetycznych – nieważne jaka jest jego wola. Nieważne, że czuje się coraz gorzej, choruje. Nikt go nie pyta o zdanie. Kiedy z trudem znajdzie siłę i czas by walczyć o swoje prawa, Pan Profesor, z nauki godnym szacunkiem, nazwie go ignorantem, a jego doświadczenia nadwrażliwości elektromagnetycznej, miejską legendą. To nic, że o zagrożeniu promieniowaniem i ochronie osób elektro-wrażliwych trąbią rezolucje Unii Europejskiej. To nic, że Światowa Organizacja Zdrowia już w 2005 roku stwierdziła: „…symptomy elektro-wrażliwości (EHS) są z pewnością rzeczywiste i mogą się znacząco różnić co do nasilenia. Niezależnie od przyczyny, EHS może być dla osób dotkniętych tych problemem wykluczające z normalnego życia.” To nic w końcu, że są w Europie kraje, w których osoby elektro-wrażliwe otrzymują renty. Społeczeństwo już płaci wysoki rachunek wystawiony przez niekontrolowany „rozwój”. To nic, że liczba osób elektro-wrażliwych wykładniczo rośnie. To nic. To wszystko nic. Legenda miejska. Czarna wołga.

Jeśli pole elektromagnetyczne jest „podejrzane” o tyle różnych dolegliwości, to zgodnie z zasadami logiki (Pana Profesora) może nie szkodzi na nic (?)

Pozostawiam osobom z tytułami profesorskimi ocenę tej logiki. Ja jestem magistrem inżynierem, więc mi krytyka tego nie przystoi. Pozwolę sobie tylko zauważyć, że istnieje inne, dużo bardziej prawdopodobne wyjaśnienie.

Istnieją badania, które bez cienia wątpliwości wykazują reakcję fal mózgowych w badaniu EEG na pola elektromagnetyczne. W sumie nie powinno to nikogo dziwić jako, że sygnały bezprzewodowe mają podstawowe częstotliwości modulacji (pulsowania) właśnie w zakresie ludzkich fal mózgowych. Niestety, ignorancja biologiczna i medyczna projektantów systemów bezprzewodowych jest ogromna. Specjalizacja znowu zabija.

Czym to skutkuje? Przewlekłą deregulacją w autonomicznym układzie nerwowym w efekcie stałej ekspozycji na sztuczne pola elektromagnetyczne. Autonomiczny układ nerwowy reguluje nie tylko bicie serca czy ciśnienie krwi, ale też procesy produkcji energii, procesy metaboliczne, odpowiedź immunologiczną, gospodarkę hormonalną itd. Słowem, niemal wszystko.

Efekty ekspozycji na sztuczne pola elektromagnetyczne dotyczą więc całości organizmu i mogą się manifestować w przeróżny sposób. Początkowo podobnie jak efekty chronicznego brak snu czy przewlekłego stresu psychologicznego. Dochodzi do zaburzeń funkcjonalnych, w tym neurologicznych. Spadają możliwości regeneracyjne i detoksyfikacyjne mózgu i całego organizmu. Spada odporność. Zaburzone są m.in. rytm dobowy i gospodarka wodna. Zdiagnozowane po latach jednostki chorobowe są (nowo)tworem wieloletniej deregulacji całego organizmu. I to stąd przypisywane są polom elektromagnetycznym tak różne symptomy, dolegliwości i choroby.

Warto też podkreślić, że w tej sytuacji badania epidemiologiczne straciły sens. Nie ma już grupy kontrolnej. Wszyscy toniemy w oceanie sztucznych pól elektromagnetycznych non-stop. To czy ktoś na godzinę czy na trzy dziennie przykłada telefon do ucha, w sumie nie ma już znaczenia. Stąd statystycznie istotna różnica, np. w zachorowalności na raka, jest tak trudna do uchwycenia. Tylko czy to wskazuje na to, że pola elektromagnetyczne są bezpieczne, czy na zgoła coś odwrotnego?

Jeśli prąd indukowany w organizmie nie przekroczy 1 mA/m2 to nie powoduje on żadnego efektu biologicznego (?)

Ta opinia Pana Profesora podobno opiera się na jakichś relacjach sprzed 30 lat. Stwierdzenie, trzeba przyznać, dość kategoryczne. Warto by poznać na czym się opiera. Tym bardziej, że w 1985 roku dr. Robert O. Becker wydał książkę pt. The Body Electric: Electromagnetism And The Foundation Of Life. W tej pozycji dowodzi on klinicznie, że prądy w organizmie ludzkim, które decydują, o tym czy następuje regeneracja komórek, są na poziomie pA (pikoamperów) – milion razy! niższym od 1 miliampera podawanego przez Pana Profesora. Czy spowolnienie, a nawet zatrzymanie procesów regeneracji komórek organizmu należy uznać za efekt biologiczny, pozostawiam ocenie czytelników. Na marginesie, książka dr. Becker’a ukazała się nawet w języku polskim pt. Elektropolis : elektromagnetyzm i podstawy życia. Polecam jej lekturę, podobnie jak późniejszych prac dr. Becker’a.

Obowiązujące w Polsce normy mają swoje źródło w propagandzie politycznej dawnych krajów „strefy radzieckiej” (?)

Pan Profesor, podobnie jak Polska Izba Informatyki i Telekomunikacji, zdaje się lobbować za podwyższeniem dopuszczalnych w Polsce poziomów pól elektromagnetycznych w środowisku. Jak rozumiem, ma to umożliwić operatorom telekomunikacyjnym jeszcze bardziej agresywne i bezkarne zanieczyszczanie środowiska elektromagnetycznego. Cóż, lobbing to lobbying, działalność biznesowa. Ja ze swej strony chcę tylko opinii publicznej przypomnieć kilka faktów z historii.

W latach 60-tych i 70-tych Polska, w szczególności Pracownia Mikrofalowa Wojskowego Instytutu Medycyny Lotniczej w Warszawie prowadziła zakrojone na bardzo szeroką skalę badania nad wpływem promieniowania elektromagnetycznego w zakresie mikrofal na zdrowie. Badania te dotyczyły bardzo dużej grupy wojskowych. Co warto podkreślić, w tamtym czasie dysponowano idealną wręcz grupą kontrolną – osobami, które były całkowicie wolne od wpływu promieniowania mikrofalowego. Te badania doprowadziły do zidentyfikowania szeregu istotnych efektów biologicznych przewlekłej ekspozycji na pola elektromagnetyczne.

Obiektywnie stwierdzono efekty: drżenia rąk, odczynów dermograficznych, zmiany czynności mózgu (EEG), zapalenie spojówek, zmiany zmętnieniowe w soczewce, kataraktę, zmiany w rogówce i ciałku szklistym, stany zapalne naczyń krwionośnych, zwolnienie akcji serca, zmiany w zapisie EKG, zmiany w krwi, zmiany w szpiku kostnym i w węzłach chłonnych, zaburzenia czynności tarczycy, uszkodzenie gonad męskich, zmniejszenie liczby plemników, łysienie oraz wypadanie brwi i rzęs, nieżyt nosa i gardła, upośledzenie słuchu, dysfunkcje przewodu pokarmowego, częstsze występowanie zespołu Downa u potomstwa, zmiany w obrazie białek krwi i zmiany czynności niektórych enzymów, zwiększenie wolnej histaminy w krwi i wiele innych.

Z tych badań wynika również, że współczesne dolegliwości relacjonowane przez osoby elektro-wrażliwe były w latach 70-tych ubiegłego wieku bardzo dobrze opisane w literaturze przedmiotu. Dzisiaj te same dolegliwości uważane są przez Pana Profesora, Ministerstwo Cyfryzacji i temu podobnych za dolegliwości na tle psychicznym, emocjonalnym czy na tle masowej histerii i nieuzasadnionej obawy przed polami elektromagnetycznymi. Są teraz legendą miejską, czarną wołgą.

Te badania Instytutu Medycyny Lotniczej są cytowane do dziś na całym świecie. O dziwo, cicho o nich w Polsce. Byliśmy w tamtym czasie światowym liderem w badaniach nad efektami zdrowotnymi sztucznych pól elektromagnetycznych. Do tego stopnia, że (nie komunistyczna przecież) Światowa Organizacja Zdrowia zorganizowała w 1973 roku, w Warszawie, międzynarodową konferencję poświęconą temu zagadnieniu. Dokumenty z tej konferencji są jeszcze w Internecie dostępne w języku angielskim. Warto przestudiować.

To w efekcie tych badań i osiągnięć polskiej nauki sprzed 40 lat mamy dziś w kraju niższe limity ekspozycji.

Badania nie potwierdzają obaw – przepraszam, które konkretnie?

Przytacza Pan wynik programu badawczego INTERPHONE. Problem w tym, że efektem programu INTERPHONE była publikacja trzech raportów: pierwszy, częściowy, opublikowany w 2011 roku nie znajduje związku pomiędzy czasem używania telefonu komórkowego, a występowaniem nowotworów mózgu. Drugi, również częściowy, również z 2011 roku, znajduje jednak pewien związek. Trzeci, pełny raport, opublikowany w roku 2016, już na podstawie pełnych danych, potwierdza związek. Rozumiem, że Pan Profesor przytacza ten pierwszy częściowy raport, bo akurat uzasadnia promowaną tezę.

Nie to jest jednak największym problemem badania INTERPHONE. Warto wiedzieć, że to wielkie i kosztowne badanie opierało się na danych z kwestionariuszy, gdzie uczestnicy badania odpowiadali na pytanie w rodzaju: W ostatnich latach, ile czasu rozmawiał Pan/i tygodniowo przez telefon komórkowy. Proszę postawić krzyżyk przy odpowiednim polu wyboru. Czy w jakiś sposób weryfikowane te dane? Nie. Czy miały one cokolwiek wspólnego z rzeczywistą ekspozycją tych osób na pola elektromagnetyczne. Nie bardzo. Pomimo tego, z tych osób, które relacjonowały, że używały telefonu rzadko lub wcale stworzono grupę kontrolną i do nich porównywano grupę, która używała telefonu często. Inne źródła sztucznych pól elektromagnetycznych całkowicie pominięto. O dziwo, nawet przy tak fatalnej metodologii badania, końcowy raport znajduje korelację.

Dlaczego nie użyto danych o rzeczywistej ekspozycji osób na pola elektromagnetyczne? Odpowiedź jest prosta – bo takich danych nie ma. Dlaczego więc nie monitoruje się natężenia pól elektromagnetycznych w środowisku w sposób ciągły? Dlaczego nie udostępnia się ich publicznie? Bo jak przekonuje Pan Profesor, Minister Środowiska i Minister Cyfryzacji, dopuszczalne poziomy są bezpieczne, więc nie jest to potrzebne. Poza tym niepotrzebnie hamowałoby rozwój telekomunikacji bezprzewodowej. Konia z rzędem temu, kto w tej logice znajdzie jakąkolwiek troskę i odpowiedzialność za środowisko i zdrowie obywateli.

Mógłbym tu przytaczać i analizować jeszcze dziesiątki badań. Zebrało się tego na przestrzeni lat sporo. Europejska Akademia Medycyny Środowiskowej EUROPEAM w swoim raporcie z 2016 r. „Zalecenia w zapobieganiu, diagnostyce i leczeniu związanych z polami elektromagnetycznymi problemów zdrowotnych i chorób” dokonuje przeglądu badań nad wpływem pól elektromagnetycznych na zdrowie na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat. Przypisy to ponad 300 pozycji – badania, opracowania naukowe, rezolucje i inne istotne dokumenty.

Przeciwdziałanie legendom miejskim jest trudne…

W związku z tym mam propozycję dla Panu Profesora, jak również dla Szanownych Naukowców z Instytutu Łączności – Państwowego Instytutu Badawczego i Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego – autorów opublikowanego niedawno Raportu z pilotażowych badań i analiz dotyczących dopuszczalnych poziomów pól elektromagnetycznych, którego główny wniosek to, cytuję: Brak jest dowodów, które by potwierdzały tezy o negatywnym wpływie promieniowania elektromagnetycznego (PEM) na ludzkie zdrowie.

Proszę te osoby o zaznaczenie na liście przypisów w/w raportu EUROPEAM 2016 tych badań, opracowań i  dokumentów, które wnikliwie przestudiowali i podanie tego do publicznej wiadomości (może na łamach Rzeczpospolitej?). Ośmielam się o to prosić, żywiąc głębokie przekonanie, że opinia społeczna właściwie to oceni, a rzetelna wiedza, informacja i edukacja, jak podkreśla w artykule Pan Profesor, są najlepszym antidotum na rozszerzający się obszar dezinformacji i ignorancji.


Link do artykułu prof. Andrzeja Krawczyka na stronach Rzeczpospolitej: http://www.rp.pl/Opinie/303059920-Legenda-miejska-elektromagnetyzmu.html#ap-1

 

4 myśli na temat „Legenda Elektromagnetyzmu w Rzeczpospolitej – jak prof. Andrzej Krawczyk ucisza (elektro) wrażliwą część społeczeństwa cz.1

  1. Panie Pawle, fantastyczna riposta ! Całkowita dyskredytacja tez przedstawionych przez Pana Profesora.

  2. Doskonała riposta na pseudo-argumenty prof. Krawczyka. Czekamy na kolejne części blogu.
    O ile dobrze pamiętam, w książce „Elektropolis” znajduje się opis eksperymentu, jaki przeprowadzili Sowieci na pracownikach ambasady amerykańskiej w Moskwie chyba w latach siedemdziesiątych. Otóż w tamtych czasach, na konferencjach naukowych często dochodziło do polemik pomiędzy naukowcami z USA uznającymi, że istnieje tylko i wyłącznie oddziaływanie termiczne PEM na ludzki organizm, a badaczami sowieckimi, którzy wyraźnie wskazywali na oddziaływanie biologiczne, mające działanie destrukcyjne na człowieka. Jak wykazali to Sowieci ? Otóż przez kilka lat kierowano na budynek ambasady USA PEM o wartości około 18 mW/m2 ( tej wartości nie jestem pewien, znalazłem ją na stronie p.Puzyny, a warto byłoby skonfrontować to z książką ). Po kilku latach
    u wielu osób z ambasady stwierdzono choroby nowotworowe. Wybuchnął skandal, Amerykanie zorientowali się, kto i co przyczyniło się do tych zachorowań. Jednak ze względów dyplomatycznych sprawie nie nadano rozgłosu. W tak barbarzyński i prosty sposób Sowieci udowodnili Amerykanom skutki biologiczne długotrwałego oddziaływania PEM na ludzki organizm.

Dodaj komentarz